PCOS – czyli kilka słów o chorobie + książka

Cześć !

Dzisiaj wigilia, życzenia składam wam na Facebooku i na instagramie.
Już jakiś czas temu przyznałam się wam, że mam PCOS, pokazałam książkę którą zaczęłam czytać i w sumie więcej nic nie pisałam. Dostałam od was dużo pytań, jak sobie daje radę, czy codziennie jestem pełna sił i jak książka. Postanowiłam opisać wam co to za choroba, jak sobie z nią radzę (czy radzę), opiszę wam też książkę „Wylecz PCOS” Amy Medling

 

 

Na samym początku opowiem wam, czym PCOS jest.
Tutaj posłużę się cytatem z książki: „Jak podaje Androgen Excess and PCOS Society, zespół policystycznych jajników dotyka 5-15 procent kobiet na całym świecie. PCOS kojarzony jest z licznymi objawami: od nieregularnych miesiączek, przez wypadanie włosów i tycie, po podwyższone ciśnienie tętnicze.”
Krótko mówiąc PCOS zaburza równowagę hormonalną organizmu, negatywie wpływając na wiele jego funkcji. Często trudno jest postawić lekarzom diagnozę ponieważ PCOS to zespół objawów. Niektóre z nich to otyłość, nieregularne cykle, insulinooporność, niepłodność, depresja, występowanie owłosienia typu męskiego, trądzik i wypadanie włosów.

Żeby prawidłowo zdiagnozować chorobę trzeba udać się do ginekologa endokrynologa i porządnie się przebadać. Morfologia to podstawa, USG dopełnienie. Dopiero po prawidłowej diagnozie lekarz może zaproponować leczenie odpowiednio dobierając leki. W książce, Amy opisuje przeróżne objawy, mówi na co zwracać uwagę i czym się kierować.
U mnie historia zaczęła się tak naprawdę od dziecka, Długo nie byłam prawidłowo zdiagnozowana i nie wiedziałam, że niektóre rzeczy które jem, czy to że nie jem, czy to że za intensywnie ćwiczę, że to wszystko potęguje moje złe samopoczucie i złą gospodarkę hormonalną pogarszając moje zdrowie. Prowadziłam aktywny tryb życia, ciągle byłam na jakiejś diecie a tyłam. Dużo ćwiczyłam, nawet katowałem się 5 razy w tygodniu intensywnymi ćwiczeniami, co tylko odbijało się wysokim kortyzolem i szkodziłam swoim nadnerczom. Pare lat temu, kiedy naprawdę miałam już dość, siebie, swoich humorków, złego samopoczucia, nieregularnych miesiączek i przemęczenia, zaczęłam intensywniej szukać w internecie wpisując w Google swoje objawy. Trafiłam wtedy pierwszy raz na artykuł o PCOS i wciągnęłam się w zagłębianie wiedzy na ten temat. Dowiedziałam się do jakiego specjalisty należy się udać i poprosiłam mamę by mnie zapisała, bo byłam przed 18tymi urodzinami. Trafiłam na cudowną Panią Doktor, która przebadała mnie i w końcu zaproponowała leczenie, które po kilku miesiącach zaczęło dawać zamierzone efekty. Niestety nie rozumiałam nadal dlaczego zdarzają się gorsze chwile i jak sobie z nimi radzić, myślałam, że mam mocną depresję, ale miałam ludzi wkoło którzy jakoś mnie w ryzach trzymali i chciał nie chciał działałam. Moje spadki w energii zawsze przypadały na okres pażdziernik-grudzień, dlatego że wtedy mniej dochodzi do organizmu wit D i K, która w zespole PCOS jest bardzo ważna i zazwyczaj jest bardzo niska, a jak wiadomo one odpowiedzialne są za hormony szczęścia. W tych miesiącach zawsze miałam kryzys egzystencjonalny.

Po jakimś czasie przeprowadziłam się do Gdyni, gdzie na samym pczątku odżyłam, bo jod, bo morze, bo spełnienie marzeń, ale niestety tam trafiłam na lekarza, który nie do końca wiedział co i jak z tą chorobą, a że ja ufałam lekarzom, zaufałam mu że nie ma sensu truć się dalej lekami i że spóbujemy odstawić leki. Na początku było świetnie, bo trzymałam się, było dobrze. Dokładnie teraz mijają dwa lata od tego odstawienia leków, ja konsekwencje tego zaczłęm odczuwać w połowie tego roku, stanęłam w miejscu z wagą, a nawet zaczęłam tyć, ruszając się tyle samo, jedząc tyle samo. Mój okres znów zaczął przychodzić kiedy chciał, woda w organizmie zaczęła się ponownie zbierać i wpadałam w błędne koło. Źle się czułam ze sobą, przez to nie dbałam o siebie. Postanowiłam wrócić do swojej poprzedniej lekarki, też z tego względu,  że zamieszkałam na powrót w Warszawie.
Niestety terminy oczekiwania na wizytę nie są krótkie i trafiłam do niej w październiku, ale przebadała się i wróciłam do leczenia.
Od października z dnia na dzień czułam się coraz gorzej, moja gospodarka hormonalna była w opłakanym stanie, moje nadnercza ledwo ciągnęły, przez to wszystko nasilała się depresja i nasilały się objawy. Straciłam chęć do czegokolwiek, zrobiłam się obojętna i zaczynało mi być wszystko jedno. Zauważyli to nawet moi bliscy, że jestem jakaś smutna, że nie ma o czym ze mną rozmawiać ze gdzieś tematy do rozmów się skończyły, że stałam się apatyczna, jakby nieobecna i byłam taka, hmmm bezpłciowa. Byłam drażliwa, ckliwa i nie zależało mi. Nie byłam sobą. Nie czułam się sobą. Czułam się obco we własnym ciele i nie za bardzo chciałam wychodzić do ludzi. Ciężko było się ze ną dogadać.

Teraz już widzę ten schemat, teraz już rozumiem. Po przeczytaniu książki zrozumiałam jak wschłuchać się w siebie i w swoje ciało. Jak wychodzi na wierzch to co jem, jakie witaminy przyjmuje i jaki mam dzień cyklu. Zaczęłam wprowadzać porady z książki w życie, zaczęłam analizować co robi mi dobrze a co mi szkodzi, zaczęłam ograniczać ćwiczenia, które niszczyły moje nadnercza i wprowadzać te które poprawiały mi nie tylko sylwetkę ale i humor! Zaczęłam cieszyć się tym, cieszyć się życiem. Dostałam też leki które wspomagają moje hormony i uspokajają insulinę. Tym sposobem od połowy grudnia wróciłam do siebie. Czuję że żyje, czuję że mam kontrolę i w końcu! JESTEM SOBĄ!

Tytuł książki to wylecz PCOS. Jak każda z nas wie, która to ma, że to choroba na całe życie i mniej czy bardziej aktywna, zostanie z nami do końca. Książka jednak pokazuje nam jak już w 21 dni dzięki diecie, ćwiczeniom, lekom i zmianie sposobu myślenia pokonać PCOS i znów w pełni cieszyć się życiem. Można w naturalny sposób pokonać jego objawy!

Polecam Ci z całego serducha tą książkę, jeśli znasz jakąś kobietę z podobnymi objawami zwróć jej uwagę na PCOS. Tylko 5-15 procent kobiet jest prawidłowo zdiagnozowana  z ok 20 procent kobiet, które mają PCOS. Ogromny procent tych kobiet nawet nie wie, że to ma.

 

Dziękuję Mai za opisanie swojej historii, która natchnęła mnie do opisania swojej drogi. Jeśli chciałybyście o coś dopytać, poradzić się, wyżalić możecie śmiało do mnie pisać. Nie krępujcie się. Maja prosiła o anonimowość, więc nie będę więcej zdradzać, ale jej historia otworzyła mi oczy, jak mało wiemy o tej chorobie i mimo tego, że jest bardzo powszechna to o niej nie uczymy,  nie wiemy jak się diagnozować i jak z tym żyć. A jest to choroba bardzo wykańczające nietylko naszą gospodarkę hormonalną, nadnercza, serce, ale i głowę, samopoczucie i samoocenę.

 

Całuję